Braki kadrowe w diagnostyce obrazowej to temat, który wraca regularnie i — nie ma co ukrywać — coraz rzadziej bywa chwilowy. Dyżury nocne, urlopy, zwolnienia lekarskie, a do tego okresowe skoki liczby badań sprawiają, że nawet dobrze zorganizowana placówka zaczyna pracować „na styk”. Właśnie w takim otoczeniu teleradiologia przestaje być traktowana jak rozwiązanie awaryjne, a zaczyna funkcjonować jako normalny element modelu pracy. I nie chodzi tu o obchodzenie problemu, tylko o jego realne uporządkowanie.
Dlaczego etat radiologa nie zawsze rozwiązuje problemy placówki?
Etat radiologa daje poczucie stabilności, ale w praktyce bywa znacznie mniej elastyczny, niż się zakłada. Jeden specjalista to określona liczba godzin, określone tempo pracy i dość wąski margines manewru, gdy coś pójdzie niezgodnie z planem. Przy wolumenie rzędu 120–150 badań dziennie nawet niewielkie wahania potrafią szybko zaburzyć rytm pracy pracowni. A przecież struktura badań też nie jest stała — jednego dnia dominuje RTG, innego pojawia się więcej TK albo MR, które wymagają więcej czasu i koncentracji.
W praktyce wygląda to tak, że grafik, który na papierze jest idealny, w realnym świecie zaczyna się „rozjeżdżać”. Wystarczy kilka dni zwiększonego obciążenia albo nieobecność jednej osoby i terminy opisów zaczynają się wydłużać. A to już uruchamia efekt domina — presję ze strony lekarzy kierujących, nerwowość w zespole i niezadowolenie pacjentów.
Kiedy teleradiologia daje przewagę operacyjną?
Teleradiologia zaczyna mieć sens wtedy, gdy placówka potrzebuje elastyczności, a nie kolejnego sztywnego etatu. Zdalny model opisów pozwala reagować na zmiany praktycznie od ręki, bez przebudowy zespołu czy długich procesów rekrutacyjnych. Opisy mogą być realizowane poza standardowymi godzinami pracy pracowni, także nocą czy w weekendy, co w wielu miejscach realnie rozwiązuje problem zaległości.
Szukasz rozwiązania, które pozwala utrzymać ciągłość opisów bez dokładania kolejnego etatu do struktury? W takim razie warto zobaczyć, jak teleradiologia realizowana przez firmę TeleDiagnostyka, której oferta znajduje się tutaj: https://telediag.pl/.
Jakość opisów i bezpieczeństwo danych – obawy, które pojawiają się najczęściej
Jednym z pierwszych skojarzeń z teleradiologią są pytania o jakość opisów i bezpieczeństwo danych. To naturalne, bo mówimy o obszarze wrażliwym, gdzie nie ma miejsca na improwizację. W profesjonalnym modelu te kwestie są jednak uporządkowane procesowo. Opisy wykonują lekarze specjaliści z doświadczeniem klinicznym, a sam proces podlega wewnętrznym procedurom kontroli jakości. W praktyce nie różni się to aż tak bardzo od standardów obowiązujących na miejscu.
Warto też pamiętać, że zespoły teleradiologiczne często zapewniają dostęp do węższych specjalizacji, których pojedynczy etatowy radiolog po prostu nie jest w stanie pokryć. Przy bardziej złożonych badaniach MR czy specjalistycznych opisach TK ma to realne znaczenie. Dane są przesyłane zgodnie z obowiązującymi standardami i przepisami, więc bezpieczeństwo nie jest tu „słabszym ogniwem”, jak czasem się zakłada.
W jakich sytuacjach teleradiologia wygrywa z etatem?
Teleradiologia sprawdza się najlepiej tam, gdzie kluczowe jest ograniczenie przestojów i utrzymanie przewidywalnych terminów opisów. Przy nieregularnym wolumenie badań, pracy zmianowej albo konieczności zabezpieczenia godzin nocnych model zdalny daje po prostu większy spokój operacyjny. Czasem chodzi o mniejsze pracownie, czasem o duże ośrodki, które potrzebują wsparcia w newralgicznych momentach. Prawda jest taka, że coraz częściej nie chodzi o zastąpienie etatu, ale o jego sensowne uzupełnienie. O rozwiązanie, które lepiej pasuje do realiów diagnostyki obrazowej i pozwala placówce działać stabilnie nawet wtedy, gdy rzeczywistość szybko weryfikuje założenia z Excela.
Artykuł sponsorowany